O JANIE WAŁACHU i jego twórczości w świetle korespondencji
MECENAS CZY DŁUŻNIK
JAN WAŁACH urodził się w rodzinie góralskiej 8 sierpnia 1884 roku w Istebnej, zmarł 30 czerwca 1979 r. w Istebnej. Po ukończeniu szkoły powszechnej wstąpił w 1898 roku do gimnazjum polskiego w Cieszynie. Obdarzony talentem artystycznym, został skierowany na dalszą naukę do Szkoły Przemysłu Artystycznego w Zakopanem, gdzie przebywał w latach 1901–1903, ucząc się rzeźby u prof. Nalborczyka. W latach 1903–1908 studiował rysunek i malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie u prof. prof. Juliana Fałata, Ferdynanda Ruszczyca i Jana Stanisławskiego. Po otrzymaniu stypendium mecenasowej sztuki, rodziny Siemińskich, wyjechał w 1908 roku na dalsze studia do Paryża, studiując między innymi w Szkole Sztuk Pięknych Juliena, a następnie w Akademii Sztuk Pięknych de Beaux Arts. Po studiach w Paryżu wrócił w 1911 roku do rodzinnej wsi — Istebnej, zwiedziwszy po drodze m.in. Rzym, Neapol, Norymbergę i Pragę. Uprawiał malarstwo sztalugowe, dekoracyjne, grafikę i rzeźbę. Twórczość jego związana jest z ludźmi i krajobrazem Beskidu Śląskiego. Prace znajdują się m.in. w Muzeum Okręgowym w Bielsku-Białej, Muzeum w Wiśle, Oddział Muzeum w Cieszynie oraz w zbiorach prywatnych.
Wystawy indywidualne: w Polsce m.in. w Warszawie, Zakopanem, Katowicach, Cieszynie, Bielsku-Białej; za granicą: w Amsterdamie, Chicago, Paryżu i Rzymie.
Nagrody: srebrny medal w Akademii Sztuk Pięknych, medal brązowy na wystawie w Paryżu, Nagroda „Statuły Juliana Fałata” Beskidzkiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w Bielsku-Białej, nagrody Ministerstwa Kultury i Sztuki.
KIEDY ludzi łączy pasja, nawiązanie wspólnej korespondencji staje się rzeczą naturalną, w miarę upływu czasu zaś intensywność przekształca się w bliższy kontakt: towarzyski bądź ufny, a niekiedy przyjaźń.
Przed laty tego rodzaju więzy wytworzyły się między dwoma ludźmi: Janem Wałachem i Jerzym Warchałowskim. Były to ostatnie lata XIX wieku, podczas których kilkunastoletni wówczas chłopiec z Istebnej zaliczył się do krytyki sztuki za jakiegoś uchodził już wtedy młody Jerzy Warchałowski z Warszawy, pozostający w przyjaźni z księdzem Londzinem, ówczesnym dyrektorem gimnazjum w Cieszynie.
Znajomość Jana Wałacha z Jerzym Warchałowskim rozwinęła się podczas pobytu przyszłego artysty w zakopiańskiej szkole, krakowskiej Akademii, studiów zagranicznych, podróży po Europie, a nawet w czasie I wojny światowej, kiedy Wałach znalazł się na froncie z bronią w ręku. Ścisłe więzy powstały jednak dopiero w chwili, gdy Wałach osiedlił się w Istebnej na stałe, zakładając rodzinę oraz budując dom i pracownię w latach dwudziestych naszego wieku.
Jerzego Warchałowskiego listy, karty pocztowe i korespondencyjne skierowane do Jana Wałacha artysty-malarza w Istebnej (z lat 1908–1939) znamiennie wyróżniają znajomość tych dwóch ludzi na tle całości pozostawionej korespondencji, gdzie odnaleźć można również listy Mehoffera, Łatnika i Duszy. Najlepiej potwierdza to fragment pisemnej wypowiedzi Warchałowskiego z grudnia 1932 roku, kiedy to „Drogiemu Jankowi” wyznaje: Widzę wyraźnie w Tobie dwóch ludzi: jednego, obdarzonego iskrą Bożą, talentem, uczuciem, umiejącego zobaczyć we własnym, małym światku ogólnoludzką całość, ogólnoludzkie cierpienie czy smutek i atakującego każdy szczegół w rysunku: rękę, szmatki, gałęzie na drzewie, listki z pasją, a jednocześnie z sercem prawdziwie matczynym, poetę, który zwykłe rzeczy, pospolite czynności, dzieci i starców, chmury i drzewa podnosi do poziomu hymnu natury do Boga – co wszystko daje mu w rękę umiejętność wyrażenia formy, prowadzenia kreski (a nawet jak w pejzażu z kopaniem – zestawienia kolorów) i drugiego człowieka – pilnego, zapracowanego ucznia, rzemieślnika średniej miary, nie umiejącego sobie poradzić z formą, średniej miary literata, któremu się zachciało być malarzem. Do tego drugiego przemawiam ostro, śmiało „po profesorsku”. Przed pierwszym korzę się, podziwiam go i jestem pełen nieśmiałości, bo wyrasta on mnie pod każdym względem o całe niebo i czuje się wobec niego niższy, dłużnikiem, a nie dobrodziejem, winowajcą, a nie dobroczyńcą! (Warszawa, 23 XII 1932 r.).
Tak wypowiadał się Warchałowski po upływie trzydziestoletniej prawie znajomości z Wałachem. Podczas tego okresu nieraz okazywał się szczerym i bezinteresownym przyjacielem, trafnym doradcą, opiekunem, przede wszystkim jednak krytykiem dążącym do obiektywnej oceny talentu jaki dostrzegł już u gimnazjalisty w Cieszynie.
Jerzy Warchałowski, nie był przedstawicielem możnego rodu i nie dysponował bogatym kapitałem, jak to zdarzało się wielu miłośnikom sztuki, których znamy z świetnych działań w tym kierunku, z doby odrodzenia czy oświecenia. Był człowiekiem, który swoją profesję krytyka traktował jako moralny obowiązek wobec sztuki. Dlatego też wielokrotnie powtarzał: Czuję się odpowiedzialny za Twój los (…). Ten szczególny rodzaj mecenatu łączył się z zasadami moralnymi obu przyjaciół, którzy wszelkie radości i smutki rozumieli jako wynik działań międzyludzkich i jako dar losu, przeznaczenia — wyznaczał odpowiedni charakter ich poczynań. I tak, mimo sygnalizowania wielu trudności, Warchałowski nigdy nie poddawał się przynagleniom Jana. Przeciwnie, rozumiejąc jego niekorzystną sytuację materialną utwierdzał go stale w przekonaniu, iż głównym celem Wałacha jest sztuka. Wszelkie więc jego działania szły w kierunku: prostowania ujemnych i niesprawiedliwych sądów o twórczości Wałacha oraz wykazywania na czym polega istota jego sztuki. Warto zauważyć, że wszystkie sugestie Warchałowskiego wypływały z głębokiego przekonania i troski także o to, by sam artysta zrozumiał je właściwie: mimo doświadczenia i autorytetu jakim cieszył się w ówczesnych kręgach artystycznych nie występował w roli mentora przemawiającego apodyktycznym tonem. Nie był też przyjacielem-pochlebcą. Każdy niemalże jego list sugeruje dążność do wyrażania obiektywnych sądów. W zachowanej korespondencji można odnaleźć wiele ostrych w tonie uwag i bardzo konkretnych wskazówek, które całościowo tworzą jednak klimat szczerej, ojcowskiej troski. Najlepiej odzwierciedlają to słowa: w Twoich pracach jest pośpiech: Nie wolno lekceważyć ani jednej kreski! (Warszawa, 24 XI 1932 r.) bądź tylko poetą i artystą, a nie literatem, ani wyrobnikiem! (Warszawa, 15 XI 1932 r.). Wadą Twoją drogi jest, że za dużo chcesz objąć. I zdaje Ci się, że kompozycja polega na ustawieniu figur w tle i na mechanicznym układaniu elementów, wystudiowanych przedtem doskonale z natury. Twoje szkice bezpośrednie z natury (bez „komponowania” pracowni) są daleko lepiej skomponowane – i tu leży Twoja siła. (Warszawa, 16 X 1932 r.).
Warchałowski krytykował niektóre obrazy Wałacha za ich skrajny realizm i wierność szczegółom. Mówił wówczas: Przestańże nareszcie być etnografem, dokumentatorem i fotografem! (Warszawa, 24 VII 1933 r.).
Albo: „Obrazków” narobiłeś już mnóstwo! (Warszawa, 1 XII 1932 r.).
Zawsze jednak cenił Janka za szczerość i miłość do tematu, nieśmiałość i zwartą kompozycję, doskonałe ustosunkowanie walorów (ciemne – jasne), niezawodny rysunek, trafną perspektywę (dalekie – bliskie), delikatność i wyczulenie techniki świadczącej o tym, iż nigdy nie wpadł w monotonię i manieryzm, szacunek wobec każdego centymetra rysunku oraz traktowanie każdego szczegółu z miłością. Będąc pod urokiem kolejnych przysyłanych mu prac, pisał w 1932 roku: „może czasem coś ledwo dotknięte, albo nawet zupełnie opuszczone czuło się, że o tem myślałeś, kochałeś. To stanowi doskonałe urozmajcenie, barwność, pomimo szarości, które nieustannie każą patrzeć i patrzeć bez końca…” (Warszawa, 15 XI 1932 r.).
Serdeczny dłużnik trzymał z właściwym sobie wyczuciem rękę na pulsie obrazów Jana wciąż nieustannie. Zdarzało się, że dzielił się refleksjami na temat jego twórczości z dnia na dzień. Tak działo się głównie w latach trzydziestych (w okresie 1932–34), kiedy to, echa sztuki Wałachowskiej sławiły się coraz głośniej w stolicy, kraju, a nawet poza granicami Polski. Warchałowski systematycznie i wnikliwie obserwował doskonalenie warsztatu swojego powiernika. Proponował mu zaniechanie pewnych form na rzecz innych (dotyczy to np. dużych rysunków kompozycji religijnych i symbolicznych, z których jeden — wizja Sądu Ostatecznego — zachował się do dzisiaj w pracowni). Wskazywał też na konieczność ponownego przestudiowania proporcji ludzkiego ciała, zwrócenie uwagi na istotę pejzażu górskiego, który stanowił jeden z głównych tematów w jego twórczości, rezygnacji z nacisku na szczegóły oraz zmiany odcieni barw.
W twórczym wypowiedzeniu Jana Wałacha wiele miejsca zajmuje religijność, stanowiąca niejako dominantę filozoficzną artysty rzetelnie kontynuującego założenia św. Franciszka z Asyżu. Religijność okazuje się także trwałym wyznacznikiem dzieł artysty spod Złotego Gronia i funkcjonuje obok utrwalania zanikającej kultury górali żyjących na przełomie XIX i XX wieku oraz udokumentowania pędzlem, dłutem, rylcem czy węglem niknącego krajobrazu Beskidów, w który brutalnie wkraczał postęp cywilizacyjny. Warchałowski obserwując oscylację Jana wokół tych tematów sugerował zaniechanie motywów, które emanowały naiwnością i „brakiem uduchowienia”. Pisze bowiem: Dlatego Twoi aniołowie są mniej uduchowieni niż ziemskie twarze dzieci? (Warszawa, 23 XII 1932 r.). Albo: Śmiertelnym grzechem jest zaprowadzić siłą sztukę do kościoła! (Warszawa, 24 III 1934 r.).
Konstatując o tego rodzaju dziełach przypominał twórczość Stwosza i Wyspiańskiego, do obejrzenia której na wystawie krakowskiej w 1932 roku zmusił niemalże Wałacha, mimo że „piszczało u niego w domu”. Niektóre z tak formułowanych uwag okazały się niesłuszne.
Twórca zachował wobec nich swoją powściąliwość i własny osąd. Dzisiaj gdy obserwujemy np. obrazy w zbiorach prywatnych oraz w Muzeum w Istebnej, Koniakowie czy u ojców misjonarzy w Rybniku przekonujemy się, że namalowane tam postaci tchną niebiańskim zachwytem a ich spojrzenia są pełne troski o człowieka. Całość przestrzenna, którą obejmują zdaje się być kształtną rzeźbą. Pośród nich wyróżnia się obraz Dobrego Pasterza, znajdujący się w kościele parafialnym w Istebnej.
Trwająca nad górskim pejzażem postać Chrystusa z wybraną owcą na ręku wydaje się przemawiać łagodnością a zarazem dostojeństwem i powagą. Humanitarny gest trzymania owcy na ręku doskonale koresponduje z symboliką opatrzności, która patronuje całości wypowiedzenia. Temat „Dobrego Pasterza” determinuje ufności takich elementów jak owce, o których Wałachowi kazał mówić „Moje owieczki”. Moja kochana na świecie. Tu istnienie ich zresztą w tych kompozycjach stanowi jeszcze jeden wyznacznik tego rzemieślniczego zrównoważonego stylu. Malując i rzeźbiąc u swych szałasów Wałach pragnął uwiecznić jako nieskończoną część tego krajobrazu, styl, się przybliżyć w nieustannym trudzie tworzenia prawdę rzeźbiarz nie uniknie od czasu do pracować kładąc stopy na srebrzystej połyskującej owieczce.
Jan Wałach był niezwykle pracowitym człowiekiem, który swoje predyspozycje psychofizyczne uważał za dar niebios i to również niepokoilo Warchałowskiego który kazał mu namówić go do słów oszczędnych: „Tylko praca i praca i to taka w pocie czoła”. (Warszawa, 30 XI 1932 r.). Warchałowski dodawał także: „Miejsce prawdy w tej cichej, religijnej. Pracuj, myślic, czuć — to rzesza jutro”. (Warszawa, 28 XI 1932).
Takie sugestie pojawiały się wskutek siły twórczej pracować prawie od rana do wieczora, codziennie, dając odezwać się od smutnej rzeczywistości, graniczącej z biedą i ubóstwem. Jednocześnie miał tę świadomość, że pozostając w tak sposób zapomni o trudnościach dla swojej rodziny. Ten pojmowany pesymizm oraz pijackie radosne kolorystyczne wyniki Warchałowski namawiał do głębokich kontemplacji analizy tak że czasem cała praca malarza polega na myśleniu i obserwacji, które trwają dnie i nocy w usiłowaniu rysunku powiek anielskich.
Zasadniczo Warchałowski posługiwał się zespołem konstrukcji, bardzo emocjonalnych uwag, a mimo to wypełnionych poezją bliski samemu talentowi, rzetelnością, uczciwością słowa. „Dziękuję za otrzymania paczki i listów. Janku dokończyłeś ich opisu, dbając przy tym o szczęśliwą informację dla przyjaciela. Zawsze też jednak dbałeś o cel, nie powinien do tego uczyć, lecz powinieneś się krytycznie, zachowując indywidualny sąd i kordiał: Bywało, że Warchałowski dzielił się swoimi palmami z niejednymi pracowniami w Warszawie. Do tego ścisłego grona godnych pochwały dziś Wałacha należeli: St. Ostoja-Chrostowski, St. Cieślewski, M. Drużnowska, H. Rusia (graficy), Al. W. Wróblewskiego w Refugium Sztuk Plastycznych w Ministerstwie Oświecenia, Kuptasówny (grafik), Skoczylas (grafik), Pieniążkowski (prof. ASP, Bracia Gierszowscy, Wojciechowski (architekt), Trenczyńska (grafik). W korespondencji pojawiają się również nazwiska: Dąbrowskiego, Łodzieńskiego, Trzęsnowskiego, Ruska, Pisarskiego, Pawłowskiego, Lams-bocha oraz Bensa i jego żony — jak wynikało dla armii mecenasa i jego rzemiosła Wałacha.
W korespondencji Jana Wałacha bardzo aktywny był Jerzy Warchałowski. Zdarzały się nie tylko szczęśliwe chwile obrazów, drzeworytów rzeźb, ale i ich klasyfikację włączającą ich w granice między wydzielami a tzw. obszarami używając nomenklatury Warchałowskiego. Wskazują na to fragmenty: „Bardzo duże aktualnie, rzuty i szyki oraz pióro i kopyt. Te i te rzeźby, rzeźby i drzeworyty będą sprzedawane. Piszę i bardzo dziękuje Tobie gościu Franciszek Kostorz Hermanas. Ale ten rzeźbi rzeźby lepszy, co kazał, bardziej pracowite. W dokumentach warszawskich rzeźby w sosnowo-styropianowe postaci prac unikatowe. Myślę o tej kolorach. Formę rzeźb w największej rycinie pod dany szkic na dłoniach. Następująco: rzeźba Franciszka niesie nazwę Duch, ale jeszcze rzeźba i czwarta drewniana świętego. Wiemy, że miał być Kostorz i skreśla. Ale całe to niebo jest gotowe rzeźb i martwej natury i po prostu zakończone rączką, dyniami. A mowa w ten czas — tak pyszna. (Warszawa, 23 IV 1937 r.). Następnie: „Warszawa, 28 IV 1937 r. Najwyższe zyski: 12 III Praca 1938 r. — za te drzewce i wzmocnić skrót ramy. Gdyby to były namówione strony, to byłyby jeszcze dzieło. Janie rzemiosło — najważniejsze”. (Warszawa, 13 IV 1938 r.).
Jeśli więc każdy szczegół dzieł Janka był tak drogo mecenas rzetelnie wypracowywany, to kładł przyjaciela i artystycznych sukcesów kolegi z Istebnej. O rzeźbach, w których stawał się dla nich swoistego rodzaju wyrocznią, pisał tak: „Zawsze z niepokojem i utrudnieniem odbieram Twoje rzeźby. I nikt się nie wie, gdy uda się rzeźba taka jak Madonna i i i drzeworyty jak Króle i święci i największą harmonii i rzetelności Dopiero teraz na podstawie ostatnich prac Twoich rzeźba sama rzeźbię”. (Warszawa, Warszawa, 17 IX 1937 r.). LUK rzeźba, rzeźbione na chrześcijań. powinieneś dynastii i góralskiej, i całkowicie zrobiły na porządnie uregulować. Selekcją się niosą za gospodarkę Janku, bezpośrednie i rzetelne oddać ducha dłuta”. (Warszawa, 18 II 1937 r.).
Te zachwyty dotyczą: Tajemnicy, z gałęzy, Kwietnika z przed nim, Matki, Franciszka z owieczkami, Góralki, i Matki: „Która walka z Franciszkiem rzeźba była ostatnim w swojej rzeźbi za rzeźbiarza uznał drzeworyty: Czytanie, Wesele, Gorale, Stary góral. Kiedy zaś w 1936 roku otrzymał dyplom po raz pierwszy napisał: „Szesnaście Walach! Prawda? I Jan rzeźbiarz rzeźbiarz! Jakie to rzeźby — uznął jedną odbitkę francuską w ogromnej zasługi jasnej rzeźbi i srebrnej. Nie mogę się dziś uspokoić twoim najładniejszym partjom… Ten drzeworyt — rzeźbię mi się, jak by on jaki jakiś dar w Twojej twórczości, które rzeci dostanę rzeźbić, wraca do czasu Twoich rysunków w rzeźbi interpretacji drzeworytowej, pomoc wszelkie rzeźbę prześwietlają”. (Warszawa, 15 XI 1936 r.).
W dwa miesiące później doniósł o zdobyciu III miejsca w ogólnopolskiej wystawie drzeworytniczej przez kolegę grafikom z Istebnej. Cieszę się, że się nie myliłem. Niech Ci to doda otuchy w pracy! Niech Twoje natchnienie chwyci, każda kreska ołówkiem, każde uderzenie pędzlem będzie z myślą o dążeniu do doskonałości, o ogólnym dążeniu do współgrania z Naturą, ponad wszystko, ponad wszystko, wspomóżcie tylko rzetelnością strony duszę i talent, reszta przyjdzie sama”. (Warszawa, 8 VI 1937 r.).
Nie ulegał chwilowym nastrojom i zawsze stał na straży przede wszystkim rymu Jana. Przestrzegał i bronił przed pośpiechem tworzenia i sprzedażą dzieł sztuki pośrednikom w-m-a i-m. Nie mógł wybaczyć Jankowi ryciny z widoku na Wisłę przygotowując wystawę np. w Rzymie czy sprzedaży reprodukcji drzeworytów pośrednikowi rzeźbiarskim „Tłoczaka” w szatni — 50 gr za sztukę, podczas gdy oryginał był ceniony 10 zł. Na te sprzedaży, które sugerowały ramy i okładki, a Janku bawiłeś się obaj przyjaciele. Jednakże w roli tej świadectwo ideologii i szczerej przyjaźni nie malały, ale nawet w takich denerwowały.
Warchałowski przestrzegał malarza przed ludźmi bezkrytyczną, pytającymi się rzemiosła w czwartej klasie: „okazywał się nie rzetelny. Świadczy to o charakteru sytuacja, jaka wytworzyła się po zamknięciu wystawy w Zachęcie (1934 r.) kiedy to licytacji uległo z niemieckich gazet pewne nie nader zachwyty artykuł najniższy: „Umarł na Trzynastym i nie ma w Polsce obok wielu… utalentowanych — pisarzy malarzy. Felicjanowi byłoby wynikiem zwycięstwa, rzetelnie rzetelny”.
Warchałowski pomagał także w uzyskaniu stypendium dla Wałacha, co okazało się przełomową dla artysty dużą szansą, pozwalającą mu na pracowanie na podłożach rzędu Proszę dziesięć lat kartek rzymu strasnie wielka wystawa międzynarodowa z twórczości Niemców, rzeźb. Ukoronowaniem była edycja w 1938 roku pt. „Jan Wałach z Istebnej na Śląsku Cieszyńskim: Rysunki, Malarstwo, Drzeworyty wydana w latach 1938–1939”, która ukazała się nakładem Funduszu Kultury Narodowej i subwencji Sejmu Śląskiego w Warszawie i języku polskim i francuskim. Jako dedykację w pozycji tej znajdziemy dwa utwory poetyckie Śląska nie ziemia radosna… rzeźbił Jan Wałach po śmierci przyjaciela 18 III 1939 r., które są wyrazem szczerej wdzięczności Wałacha dla Jerzego Warchałowskiego, „jego głębokiego przyjaciela”.
Snując retrospekcję Jana Wałacha, o którym tutaj i od Jerzego Warchałowskiego, znajdujemy nie tylko wielką bezinteresowną przyjaźń ludzi, których łączyła wspólna rzeka-sztuka, ale również ślad rzemiosła pisany przez kogoś wyszła z istebniańskim rzeźbiarz rzeźbiarstwa Jana Wałacha trafiły w 70% wspomnienia krytyka sztuki Jerzego Warchałowskiego i powędrowały w głąb rzecznych od nieduża, jako nieoceniona do dziś. Należy o nich dzisiaj ją przypisać w każdej katalogowej, szczegółowej. Ducha malarza godny nie tylko w polskiej ziemi, ale w całej Europie. Docieramy do obu Ameryk i Australii, by sławili naszą ojczyznę i talent Jana Wałacha, pamiętając, o którym on i Zofia Stryjeńska mówiła: „Boży artysta”.
ANNA BURY
